W 2011 wszedłem do polityki startując w wyborach do Sejmu z listy Ruchu Palikota. Wcześniej przez 10 lat (od 2001) działałem na rzecz praw osób LGBT (lesbijek, gejów, osób biseksualnych i transpłciowych) w Kampanii Przeciw Homofobii, czy Grupie Inicjatywnej ds. Związków Partnerskich.
Wiele osób działających w organizacjach pozarządowych zżyma się na myśl o przejściu na stronę zaangażowania się w politykę. Przykładowo politycy od wielu lat obiecują uchwalenie ustawy o związkach partnerskich, której pierwszy projekt, autorstwa Marii Szyszkowskiej w 2004 roku został przyjęty przez Senat, jednak nie odbyło się ani jedno czytanie w Sejmie. Minęło 10 lat i nic w tej sprawie się nie zmieniło. Ale to tylko przykład. Mały wycinek rzeczywistości.
Dlaczego jednak ciągnie mnie do polityki? Po pierwsze nie można zamykać się we własnym świecie. Wiem to truizm, ale świat nie kończy się na środowisku warszawskich organizacji pozarządowych, hipsterskich miejscówkach wokół Placu Zbawiciela, czy na biobazarze przy Żelaznej. Jeśli chcemy dokonać zmiany społecznej musimy wyjść z własnej (czytaj: mojej) strefy komfortu. Gdyby tylko ludzie wśród których funkcjonuję wybierali posłów i europosłów, to w Sejmie i Parlamencie Europejskim nie było by ani PiS-u, ani PSL-u, nie mówiąc już o Solidarnej Polsce, czy Polsce Razem.
Po drugie polityka wielu przyciąga, bo tylko na Wiejskiej i w Brukseli można mieć realny wpływ na stanowienie prawa, co przekłada się na życie każdego i każdej z nas. I przynajmniej teoretycznie daje możliwość przebudowy rzeczywistości, która nas otacza.
A jest co zmieniać. 25 lat po wyborach z 1989 roku i po 10 latach od wstąpienia Polski do Unii Europejskiej mamy potężne bezrobocie (13,4% wg GUS), sporą emigrację wykształconych obywateli i obywatelek, aparat państwowy, który jest niewydolny, a także klasę polityczną, która jest konserwatywna, zachowawcza i nienadążająca za zmianami społecznymi.
Od 13 lat aktywne przyglądam się polityce, jej mechanizmom i samym politykom. Myślę, że 2014 rok to najwyższa pora, aby w polskiej polityce pojawiła się też inna perspektywa, niż ta którą w znakomitej większości reprezentuje dzisiejsza klasa polityczna. Pora na głos liberalnych kobiet, pora na głos ekologów, pora na głos racjonalistów, czy agnostyków oraz osób nieheteroseksualnych.
Żeby Polska i Unia Europejska się rozwijały potrzebujemy większej różnorodności perspektyw w polityce, ścierania się idei, wymiany doświadczeń - prawdziwej debaty. Dziś mamy tylko pozory debaty. Konserwatywne PO rozgrywa konserwatywny PiS i na odwrót.
Dlatego chcę prawdziwej debaty, dzielenia włosa na czworo, analizowania problemów społecznych pod różnymi kątami. I tu będąc mniejszością w mniejszości, jako polityk mam zadanie do spełnienia. Mogę służąc swoją wrażliwością i perspektywą zadbać, aby różne grupy społeczne przy stanowieniu prawa nie były wykluczane.
I dlatego po raz drugi na poważnie angażuję się w kampanię wyborczą, kandydując do Parlamentu Europejskiego.
